Wyobrażenie Ostatniego Miasta na Wschodzie

Usiadłem i próbuję to sobie wyobrazić. Muszę poskładać w całość wszystkie obrazki, które przede mną rysował, wymalować z tego jeden spójny landszaft. Kopiowanie ze słuchu jest ryzykowne, zawsze wychodzi za dużo nieścisłości, ale myślę, że trochę się już do tego przyzwyczailiśmy.

Powoli więc.

Ostatnie Miasto na Wschodzie. Od tego trzeba zacząć.

Aura prowincjonalnego miasta przygniecionego niezmiennym, ołowianym niebem, skłębione, nisko zawieszone chmury nigdy nie przepuszczają słonecznego światła. Bańkę tego zaklętego miasta prócz chłodnego powietrza wypełniają zastałe myśli, co w całokształcie przyrównać można do mętnego, ogarniętego martwicą Bałtyku, niemającego swobodnego dostępu do otwartych, zdrowych wód. Wszelkie rośliny i wszelki człowiek gnije więc tu już za życia. Z drugiej strony, jak mogą gnić widma? Snującymi się widmami są przecież prawie wszyscy mieszkańcy Ostatniego Miasta na Wschodzie, w odgórny, boski sposób na wieki przykuci do tego miejsca. Widma, których nawet myśli nie próbują przebić się przez zawiesistą powłokę bańki. Muszę więc uściślić: za życia gnije tylko mała garstka osób, które w pewnym momencie nie zbiorą swoich tobołków i nie osiągną prędkości ucieczki (którą, jak każdą z resztą wielkość fizyczną, można obliczyć), niezbędnej do ostatecznego i trwałego przełamania siły przyciągania zaklętej prowincji. A wiedzieć musicie, że siła ta jest potwornie mocna.

Skarpa na skraju Miasta, na samym jej brzegu wysoki, szary blok, za nim chyba jeszcze dwa. Na nich obdrapane niebieskie tabliczki z napisem  „Romantyczna”. Mieszka tu Arlekin – zawieszony na granicy Miasta i bezkresnego, suchego morza traw.

Widzę to –  wychodzi z budynku wprost na schody. Na zewnątrz robi się szarówka, jak tuż przed zapadnięciem zmroku. A może zmrok wcale nie zapada, może to ranek bądź południe, typowa iluzja tutejszego nieba, odwiecznie ołowianego i skłębionego, przez które każdy dzień już od początku wygląda tak, jakby chylił się ku końcowi, jakby zmrok zawsze miał zapadać już za moment.

Od schodów przy wyjściu do krawędzi Skarpy tylko parę metrów, Arlekin staje wiec na murku już po kilku sekundach. Strzelista, chuda postać w długich, rozpuszczonych włosach nieruchomieje. Na dole, bardziej z prawej, wąskim strumieniem płynie mętna, leniwa Bystrzyca.  A dalej, poza granicą miasta, dzikie, zgniło-bure morze traw ciągnące się płasko po krańce horyzontu. Jego oko z trudnością łowi wąski, ubłocony wąwóz, w którym dawno dawno temu pochowano ramię w ramię żołnierzy wrogich sobie armii. Pięć czy siedem rozsypujących się, zbutwiałych nagrobków porośniętych tymi samymi trawami.

Arlekin wbija zamyślony wzrok w przestrzeń poniżej Skarpy.

Musi się stąd wydostać. Musi uzyskać tą minimalną prędkość początkową, konieczną do opuszczenia zaklętego pola grawitacyjnego Miasta. Od lat prowadził obliczenia na prędkość ucieczki, początkowo zdecydowanie marzycielskie, z czasem coraz to bardziej skrzętne i prawidłowe. I teraz, stojąc na tym murku, patrząc w dal, oblicza po raz setny, po raz tysięczny, dla pewności, z lekkim niepokojem ale i ekscytacją, parametry wszystkich pomocnych w ucieczce okoliczności. Dopiero teraz ma względną pewność, że mu się uda, wcześniej byłoby to zbyt ryzykownie, wtedy byłoby jeszcze trochę za wcześnie.

Ale czy teraz naprawdę był już gotowy?

Jest taka piosenka, która, uwierzcie mi na słowo, rozbrzmiewała w tamtym momencie w kilku miejscach na świecie, piosenka, której ostatnia zwrotka brzmi tak:

Last thing I remember I was running for the door 
I had to find the passage back to the place I was before
„Relax,” said the night man, „We are programmed to receive
You can check out anytime you like but you can never leave.”

Wiecie co, Arlekin zaśmiał się stojąc wtedy na murku. Nieświadomie zaśmiał się w twarz temu mężczyźnie nocy, czy jak wy go tam nazywacie, a tym samym popełnił potworny błąd. Może powinien był zrobić to, co leżało u samych źródeł jego natury – dogadać się z nim. Zapewne wiedział jednak, że z kimś takim dogadać się nie idzie i jedyne na czym można się oprzeć, to niezłomna wiara i absolutne przekonanie. A że wiara i przekonanie często znieczulają pokorę, mężczyznę nocy nieraz już wykpiwano. Przyzwyczaił się – od dawna złość i ekscytacja zmieniła się w pełne zblazowania oczekiwanie na potwierdzenie swoich nieuchronnych racji. A najgorsze, że taki skurwiel nikomu nie przepuści. Nawet za niewinną, młodzieńczą butę każe sobie zwracać.

Zapytacie jeszcze o pierwszą część zwrotki, zapytacie dokąd chciał wrócić Arlekin, skoro urodził się i od zawsze żył w Ostatnim Mieście na Wschodzie? Znów musicie mi wierzyć na słowo, że myślał nie tylko o miejscach, w których naprawdę kiedyś był, ale też, o tych, w których bywał przez całe życie, choć nigdy nie postawił tam swojej stopy. Wiecie, co mam na myśli.

Arlekin, któremu nie starczało bycie dużą rybą w małym stawie, chciał czegoś więcej. Tak, w Ostatnim Mieście na Wschodzie był zdecydowanie dużą rybą – ale to długa opowieść na kiedy indziej. Koniec końców zdawało się, że teraz, w tym momencie, nie ma żadnych realnych przeszkód jeśli chodzi o ucieczkę. Chciał więc czegoś więcej i będąc na tym murku miał wrażenie, że stoi u progu Wielkiego Świata. Chciał wszystkiego i czuł, że jest to początek drogi, która jak w mordę strzelił będzie wieść na szczyty. Dziś wieczór jeszcze Ostatnie Miasto na Wschodzie, ale już jutro Miasto Królów, a pojutrze Wielki Świat i wszystko, wszystko o czym tylko marzył przez te wszystkie lata.

Taki właśnie lanszaft powstał z obrazków przedstawiających Ostatnie Miasto na Wschodzie jakie mi opowiadał dawno temu, kiedy żyliśmy jeszcze razem w Stolicy Snów. Potem okazało się, że duża część, choć być może wcale nie najważniejsza w tym wszystkim, wygląda absolutnie inaczej.

Czarna Lilia

Opowiem wam historię pewnej dziewczynki. Czy raczej mały fragment jej historii, jako że nie znałem tej dziewczynki długo, wręcz przeciwnie – zniknęła wkrótce po tym jak ją spotkałem. W zasadzie nie będzie to nawet prawdziwa historia, w prawdziwych historiach opisane są przygody bohaterów. A ja chcę przedstawić… w sumie nie wiem co. Jakiś skrót, jakieś wrażenia, jakieś szkiełka potłuczonej całości, w których przeglądam się cały wieczór.

Była przyjaciółką mojego dobrego towarzysza. Ów towarzysz mówił mi w życiu wszystko, nie było między nami żadnej tajemnicy, prócz jednej tylko. Nigdy nie powiedział tego wprost, a ja czułem, że nie powinienem nigdy pytać. Mam wrażenie, że kochał tą dziewczynkę. Mam wrażenie, że albo kochał tylko ją i żadnej innej, albo kochał wiele, ale żadnej tak mocno. Ale ona chyba tego nie wiedziała. A może wiedziała, może oboje wiedzieli, że powinno być tak, a nie inaczej, że zawsze będzie leżał miedzy nimi im tylko znany miecz. Nie wiem, wszystko to tylko moje domysły. Oboje byli dziwni – i on i ona. Arlekin i Czarna Lilia. Ale to nie opowieść o moim towarzyszu. Dość, że poznałem ją przez Arlekina – przez pewien niedługi czas spotykali się niemal codziennie, kiedy jeszcze wszyscy żyliśmy w Mieście Królów czy tak zwanej Stolicy Snów.

Była szczupła i drobna, o dość chłopięcej sylwetce.

Miała kruczoczarne proste włosy,

ostre, szlachetne rysy,

zielone, kocie oczy.

I wąskie, jakby zaciśnięte wargi, z których górną przecinała blizna.

Miasto Królów zasnuł delikatny, melancholijny zmierzch. Siedzę sam przy oknie, na wysokości dachów, z fioletowo granatowym niebem w tle. Delikatny mrok i spokojny szum gasnącego miasta wypełnia powoli każdy kąt mieszkania, każdy kąt mojej duszy. Jakaś tęsknota zaczęła rosnąć we mnie powoli, oplatała serce mocniej i mocniej. I zrozumiałem, że tęsknię za tamtą dziewczynką.

Była jedną z tych nieuchwytnych osób, o których nie można z pewnością powiedzieć skąd przybyły, jaką drogą szły i dokąd zmierzają. Była jedną z tych niewiadomych osób, których istoty nie da się do końca określić – samodzielna, niezłomna i odważna, a zarazem tak potwornie krucha, szukająca wsparcia, potrzebująca ramienia.  Była dziewczynką, która jako dziecko jeszcze wzięła swoje życie i została swoim własnym przewodnikiem. Czy musiała? Nie wiem, nie pytajcie, zapomniałem. Chyba tak. Była dzieckiem, które szło samo przez świat, dzieckiem, które poznało świat, które widziało ten cały okrutny świat nie będąc jeszcze w stanie go zrozumieć. Które podczas tej drogi nie przestało być dzieckiem, a zarazem stało się dorosłym.

Poradziła sobie jednak, wciąż sobie radzi. I maszeruje, nigdy się nie zatrzymując. Mogę tylko snuć domysły – w jaką stronę, dokąd. Ta dziewczynka nie mając prostej drogi, idąc często szlakami nocy lub cienia, jest dalej niż ja.

Pochodziła z Ostatniego Miasta na Wschodzie, tak jak i Arlekin. Tam się poznali. Tam zaczęło najprawdopodobniej fermentować jego uczucie, tam też zaczęła kwitnąć ona – Czarna Lilia, wtedy jeszcze świeży pąk, choć już nie biały, pojony tym, co potem nadało jej ów mroczny kolor. Tak, tamta ziemia, tamten świat przesiąknięty musiał być osobliwymi sokami. Wyruszyła z Ostatniego Miasta na Wschodzie, które było dla niej dalece za małe, z domu, do którego nie czuła się przywiązana. Wyruszyła wcześniej jeszcze niż Arlekin, a była młodsza od niego.

Trafiła do Miasta Królów, czyli, jak już wspominałem, Stolicy Snów. Zawsze towarzyszyli jej ludzie specyficznej proweniencji. Ludzie mroczni, nieprzystający. Wywodzący się z różnych światów ale mający wspólną, nieuchwytną oś swoich pytań, fascynacji, lęków. Nie wiem czy trafiła do tej dziwnej enklawy, odmętnej społeczności od razu, dość, że poznałem ją w momencie, kiedy już tam żyła. Początkowo Arlekin widywał się z nią samemu. Co do zasady w tamtym okresie prawie nie opuszczał już naszego mieszkania nad rzeką. Spotkania z nią były jedynym wyjątkiem. Znikał często i na długo. Z czasem Czarna Lilia zaczęła przychodzić do nas, z czasem ja dołączałem do nich i razem włóczyliśmy się po Stolicy Snów. Już wtedy zauważyłem, co nie było trudne, jego uczucie do niej. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem Arlekina zachowującego się w podobny sposób. Wyciszony, jakby spłoszony, a zarazem do granic możliwości delikatnie ekspansywny względem niej. Jakby bał się puścić, jakby toczył nieustanną walkę by nie przekraczać granicy, choć udawało mu się to z widocznym trudem. Ale czy nie chciał pokazywać swojego uczucia, czy granicę ustalili niegdyś oboje – tego nie wiem i nie dowiem się najprawdopodobniej nigdy. Czy chodziło tylko o to, że była wtedy z jakimś człowiekiem, człowiekiem, który jednak, moim zdaniem, o którym chciałem tak myśleć, nie był tym, kogo potrzebowała? Który był i znikł koniec końców w odmętach? Patrzyłem na nią, słuchałem jej i całkowicie rozumiałem mojego towarzysza. I budziły się we mnie dziwne uczucia. Owszem, chciałem ją, chciałem… ciężko nazwać co chciałem. Coś chciałem. Ale nie to było dziwne. Nigdy nie szukałem kobiety, którą trzeba byłoby się opiekować, dla której byłbym ramieniem. Zaś Czarna Lilia wzbudzała we mnie tego nieprzepartą potrzebę, kiedy tylko ją widziałem, kiedy tylko o niej pomyślałem. Zdawało mi się, że mógłbym wziąć ją za rękę, a ona szła by ufnie przez nieprzeparty czarny las, w którym przez przypadek się spotkaliśmy. Są jednak świętości większe niż wymyślone potrzeby ratowania kruchych, a zarazem niezłomnych dziewczynek, jakie czasem można spotkać maszerując czarnym lasem. Jeśli nawet nie miał znaczenia jej związek z dziwnym człowiekiem, o którym magicznie myślałem, że nie na jego ramię taka dziewczynka, to bezdyskusyjne pierwszeństwo miało uczucie Arlekina, choćby nawet skryte. Są świętości. Arlekin i Czarna Lilia… Byli zupełnie innymi osobami… Jedno natomiast  ich z pewnością łączyło. Nie przywiązywali się do ludzi tak, jak większość. Maszerowali dalej, znów sami, jednak zawsze słyszeli siebie, słabiej bądź mocniej, ale słyszeli się, jakąkolwiek drogą nie zdążało każde z nich. Ta dwójka stworzyła dziwną więź, która nie ginęła, choć ich losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Muszę westchnąć, ciężko westchnąć.

Arlekin, który miał w sobie więcej błędnego rycerza niż trefnisia, żegnając się tylko ze mną, ruszył pewnego ranka w drogę powrotną do Ostatniego Miasta na Wschodzie, a dokładniej, jak to zawsze mówię, daleko dalej niż tam, skąd przyszedł. Czarna Lilia została. Doczekała czasu, kiedy Pogranicze spalone było słońcem, kiedy zdjęto jej wreszcie powróz, który sama sobie założyła, i ruszyła do jednego z Lepszych Światów, który  ja z kolei widzę jako Ziemię Smutku, Deszczu i Chłodu, choć inni nazywają ja inaczej. Ruszyła znaleźć swojego ojca. Znalazła go tam. Znalazła chyba także szczęście. Tak, bez wątpienia w wielkim Świcie czeka ją więcej, niż kiedykolwiek mogłaby mieć tutaj.

Ja zostałem w Stolicy Snów, ona powędrowała jeszcze dalej, do jednej z Lepszych Krain, zaś Arlekin, który ją najprawdopodobniej kochał, wyruszył w powrotną drogę do Ostatniego Miasta na Wschodzie, tam skąd pochodzili, i dotarł na rubieże przeciwstawne jej szczęściu.